
Zdecydowana większość ludzi na postawione w tytule tego artykułu pytanie odpowie bez zastanowienia: "Tak!". Każdy współczesny rodzic bezgranicznie kocha swoje dziecko i uważa to za stan naturalny, powszechny i ponadczasowy. Jeśli jednak przyjrzymy się historii zagadnienia miłości rodzicielskiej, okaże się, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana i na pewno nie można tu mówić o powszechności i ponadczasowości.
Miłość nieobecna
O ile dzisiaj miłość do dziecka pojawia się już w chwili jego narodzin, a niejednokrotnie jeszcze wcześniej, w okresie ciąży, o tyle niegdyś do małych dzieci, a zwłaszcza niemowląt nie przywiązywano się wcale lub prawie wcale. Ta zaskakująca dzisiaj obojętność emocjonalna wynikała przede wszystkim z ogromnej śmiertelności noworodków i małych dzieci. Nie można było pozwolić sobie na obdarzenie uczuciem dziecka, którego szanse na przeżycie były nikłe. Kiedy małe dziecko umierało, co zdarzało się bardzo często, budziło to niekiedy zmartwienie, ale z reguły ludzie nie przejmowali się śmiercią dziecka, bo rychło zastępowało je kolejne potomstwo. Dziecko pozostawało w jakiś sposób anonimowe.
Poza wysoką śmiertelnością dzieci były jeszcze inne przyczyny obojętności. Philippe Aries, autor obszernej monografii Historia dzieciństwa, wysunął tezę, że przez całe stulecia ludzie nie byli w ogóle świadomi odrębności dzieciństwa, że było ono uważane za stan przejściowy, stan niekompletności, zbyt krótki, by przywiązywać do niego jakąkolwiek wagę. Fakt, że dzieciństwo nie było dostrzegane, potwierdzają według Aries'a między innymi średniowieczne przedstawienia dzieci jako miniaturowych dorosłych oraz brak odrębnego stroju dziecięcego.
Dopiero w XVI wieku zaczęto zdawać sobie sprawę z odrębności dzieciństwa, pojawił się odrębny strój dziecięcy (początkowo zarezerwowany tylko dla chłopców), zaczęło upowszechniać się szkolnictwo (również początkowo przeznaczone jedynie dla chłopców). Pojawienie się kategorii dzieciństwa nie zmieniło jednak sytuacji samych dzieci: sposobu traktowania i wychowywania ich oraz uczuć, jakimi były darzone. Jeszcze w XVIII wieku na porządku dziennym było porzucanie dzieci (we Francji porzucanych było wówczas 30% zarejestrowanych noworodków).
Miłość obecna w teorii
W tym czasie, około 1760 roku, rozpoczęła się we Francji propaganda filozofów (oraz urzędników i lekarzy, a nawet policjantów) mająca na celu nakłonienie rodziców - przede wszystkim matek - do większej troskliwości i dbałości o własne dzieci. Propaganda ta dotyczyła nie tylko karmienia piersią (ówczesne matki rzadko same karmiły swe dzieci - powszechne było oddawanie noworodków mamkom), ale i innych przejawów rodzicielskiej (a zwłaszcza macierzyńskiej) troskliwości, w tym również stosowania powijaków (pasów z płótna, którymi owijano niemowlęta tak szczelnie, że nie mogły się właściwie poruszać).
Pojawiły się wówczas liczne publikacje, z wydanym w 1762 roku Emilem Jana Jakuba Rousseau na czele, nakazujące matkom, by osobiście zajmowały się swoimi dziećmi, karmiły je piersią, wychowywały i... kochały. Swoją drogą ciekawe, że pionier i wielki orędownik miłości rodzicielskiej oddał pięcioro swoich własnych dzieci do sierocińca...
Pod koniec XVIII wieku zaczęto więc wymagać od matek miłości i dbałości o swoje dzieci. Potrzeba było jednak kolejnych stu lat, by zalecenia te zaczęto stosować w praktyce, tj. by dzieci były otaczane miłością i troską. Jak już wspomniano, głównym, niezaprzeczalnym powodem obojętności rodzicielskiej była bardzo wysoka śmiertelność niemowląt. Obojętność tę tłumaczono również brakiem kategorii dzieciństwa oraz brakiem wrodzonego instynktu macierzyńskiego. Należy wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie dawnej obyczajowości, który utrudniał rozwój uczuciowości rodziców - o małżeństwie i rodzinie. Do połowy XIX wieku małżeństwa były z reguły zawierane przez osoby zupełnie sobie obce, zaś powstała w ten sposób rodzina była jedynie instytucją materialno-prokreacyjną. Nie może więc dziwić fakt, że miłość macierzyńska przychodziła z trudem - niełatwo jest pokochać dziecko, które zostało poczęte bez jakiegokolwiek uczucia łączącego rodziców.
Miłość wszechobecna
Dopiero w połowie XIX wieku zaistniały sprzyjające warunki dla rozwoju uczuć (zwłaszcza miłości, w tym rodzicielskiej), w wyniku czego dopuszczalne i coraz powszechniejsze stawały się małżeństwa z miłości lub przynajmniej wyboru samych zainteresowanych (a nie, jak dotychczas, ich rodzin). Rodzina przestała być jedynie instytucją, łączącą dwoje obcych sobie ludzi, a stała się miejscem koniecznego afektu między małżonkami oraz między rodzicami i dziećmi, czego wcześniej nie było. W takich warunkach również miłość macierzyńska stawała się powszechna - stawała się normą.
Dziecko stało się centralnym, najważniejszym punktem rodziny. W dziecko inwestuje się nie tylko uczucia, ale również (ogromne niekiedy) sumy pieniędzy. Każdy rodzic chce zagwarantować dziecku jak najlepszą edukację (rozpoczynając od żłobka, w którym dzieci - często jeszcze w pieluchach - uczą się języków obcych itp.), rozwijać jego talenty i zainteresowania (lub je tworzyć za pomocą wszelkiego rodzaju kursów - również od najmłodszych lat), zapewniać odpowiednią dla wieku rozrywkę (producenci zabawek dbają, by było jej jak najwięcej, dla niemowląt oczywiście także). Słowem - współczesny rodzic poza stosunkowo nową miłością może (i powinien, bo tym mierzy się miłość) ofiarować swym dzieciom masę innych rzeczy, głównie materialnych. Ta nieograniczona miłość rodzicielska jest bowiem wykorzystywana przez producentów zabawek dla dzieci, akcesoriów dla niemowląt itp. Ponadto na każdym kroku - m.in. w reklamach kolejnych, coraz nowszych i lepszych produktów - podkreślana jest odpowiedzialność rodziców, a zwłaszcza matki, za życie, zdrowie i szczęście dziecka.
I tak nowonarodzone dziecko - niegdyś niekochane stworzenie, którym nikt, łącznie z rodzicami, się nie przejmował - stało się wyczekiwanym i ubóstwianym, najważniejszym członkiem rodziny.
Anna Golus